01.08.2016

Rozdział 27

CZY KTOŚ MNIE JESZCZE PAMIĘTA LUDZISKA?



 
 SIGYN
                Drzwi małego antykwariatu mojej mamy otworzyły się szeroko. Nie miałam nawet czasu, żeby spojrzeć w tamtą stronę, tak bardzo byłam zajęta Malfoyami i ich zamówieniem. Nie mogłam kompletnie połapać się w tej liście, a wyczekujący wzrok Lucjusza Malfoya wcale mi nie pomagał.
                -Pójdę obsłużyć pana, Sigyn – powiedziała mama doskonałą angielszczyzną, a potem dodała po szwedzku: - Książki dla nich masz na trzecim regale, górna półka, po twojej lewej. Są podpisane.
                -Dzięki, mamo – mruknęłam trochę niezadowolona. – Dałabym radę, naprawdę.
                Mama jednak tylko uśmiechnęła się do mnie z wyrazem takiej troski i miłości na twarzy, że nie mogłam się na nią dąsać. Poszłam więc po te książki i faktycznie leżały we wskazanym miejscu. Nie mogłam pojąć jak to się działo, że mama tu nie ginęła wśród wszystkich tych regałów i jeszcze zawsze wiedziała co, gdzie i dla kogo. Podziwiałam ją za to.
                -Bardzo proszę – podałam książki panu Malfoyowi. To były trzy stare i bardzo trudne do zdobycia tomy, które właściwie balansowały na granicy legalności. Ale cóż, skoro prawo nie zabraniało posiadania akurat tych książek, to chyba nie powinnam była się w to mieszać.
                -Ile się należy? – spytał mnie tylko Lucjusz, a ja przejrzałam notatki mamy.
                -To będzie po dwadzieścia galeonów za te dwie – wskazałam na dwa cieńsze i bardziej zniszczone tomy. – A za to trzydzieści galeonów i dziesięć sykli.
                Nie była to mała suma, jednak Malfoy podał mi wymaganą kwotę bez choćby mrugnięcia okiem. Zabrał swoją śliczną małżonkę i opuścił sklepik, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem, za to nie szczędząc go człowiekowi, z którym rozmawiała moja matka.
                Gdy Malfoyowie opuścili antykwariat zrobiło się na tyle cicho, że mogłam usłyszeć o czym moja matka rozmawia z owym gościem i choć odrobinę dokładniej mu się przyjrzeć. Był to wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna, nie tak barczysty jak mój ojciec, ale na pewno od niego wyższy – moja matka, podobnie jak ja nie sięgałyśmy mu nawet do ramienia. Miał ciemne brązowe włosy w ciepłym, jakby odrobinę kasztanowym odcieniu, raczej proste i schludnie ścięte, choć na czoło opadał mu jeden o dziwo kręcony kosmyk, który mężczyzna co chwile próbował usilnie zatknąć sobie za ucho. Jego pociągłą twarz o mocnych, regularnych rysach i ładnie zarysowanych kościach policzkowych szpecił odrobinę przydługi nos. Mimo to, jak na mój gust był całkiem przystojny, a uroku niewątpliwie dodawały mu bystre oczy o tęczówkach w osobliwym, bursztynowym odcieniu, które zdawały się być niemal żółte. Ubrany był w krótką skórzaną kurtkę, takież długie buty i ciemne spodnie. Nie mógł być wiele starszy ode mnie – na pewno było między nami mniej niż dziesięć lat różnicy.
-Proszę mnie o to absolutnie nie prosić – powiedziała moja mama stanowczym tonem. – Magnus miał się w to nie mieszać!
-Pani Ostergaard, proszę się nie denerwować – starał się ją uspokoić gość. – Ja tylko…
-Proszę zostawić nas w spokoju – w głosie mojej mamy zaczęła pobrzmiewać nuta histerii. – Ja się nie zgadzam…
-Mamo – zaczęłam stanowczo, podchodząc do nich i kładąc matce rękę na ramieniu. – Mogłabyś mi pozapisywać wszystko na jutro, co dla kogo i na którą godzinę do odbioru? Proszę. Ja to załatwię.
-Ależ Sigyn! – zawołała, ale widać było, że naprawdę szukała we mnie oparcia. Tak mi było szkoda mojej biednej matki, która tak się bała o ojca i o nas, która tak rozpaczliwie chciała wrócić do Szwecji, ale jednocześnie nie chciała nas opuszczać. Nie mogłam jeszcze pozwolić jej dodatkowo denerwować.
-Proszę, mamo – powiedziałam uspokajająco. – Dam sobie radę.
Popatrzyła na mnie trochę niepewnie, a trochę z wdzięcznością i odeszła bez słowa na zaplecze. Tak okropnie było mi jej żal…
-O co chodzi? – zapytałam mężczyznę odrobinę ostrzej niż zamierzałam. Musiałam nieźle zadzierać głowę do góry, by móc spojrzeć mu w oczy.
On spojrzał na mnie tylko tymi bystrymi oczami, uśmiechnąwszy się przepraszająco.
-Przepraszam, że muszę panie niepokoić. – Zabrzmiało to zaskakująco szczerze, jakby z troską. Jednocześnie jego głos wydał mi się jakoś dziwnie znajomy. – Nazywam się Lorcan Scamander. Przysłał mnie Rufus Scrimgour z poleceniami do pana Magnusa Ostergaarda.
Lorcan Scamander? Gdzieś już słyszałam to nazwisko i nie, nie chodziło mi wcale o Newtona Scamandera… Ach tak, to ten auror, o którym kiedyś pisała matka!
-Cóż za idiotyzm – pokręciłam głową, a on uśmiechnął się kącikiem ust na moje słowa. – Ojca nie ma. Jestem Sigyn Ostergaard, miło pana poznać.
-Przyjemność po mojej stronie – skinął mi głową na powitanie. – Też nie uważam nękania rodziny za najlepszy pomysł, ale taki dostałem rozkaz, a kontaktu z Magnusem jestem chwilowo zupełnie pozbawiony.
-Chwila moment – zaczęłam, zakładając ręce na biodra i groźnie mrużąc oczy. A bogowie mi świadkami, że umiałam to robić w iście przerażający sposób. – Przepraszam, ale czy mój ojciec znów zaciągnął się jako auror?
Ojciec z zawodu był aurorem. Przeniósł się do pracy w dyplomacji, żeby ustatkować jakoś życie rodzinne, ale krew w nim wrzała i aż się palił do walki, wiedziałam to zawsze – było w nim stanowczo za dużo krwi naszych barbarzyńskich przodków. Nie sądziłam tylko, że mógłby wrócić do zawodu, nie mówiąc nam nic o tym… A może to dokładnie tego powinnam była się spodziewać? Ja i Sigurd to jedno, ale matka nigdy, przenigdy by tego nie zaakceptowała.
-Nie powinienem chyba o tym rozmawiać, panno Ostergaard – rzekł przepraszająco. – Wasze rodzinne sprawy to nie moja sprawa, nie powinienem się wtrącać.
-Chyba trochę za późno, nie sądzi pan? – Uniosłam brwi w pełnym dezaprobaty geście.
-Proszę przyjąć moje przeprosiny.
Skinęłam łaskawie głową.
-Nie mógł pan wysłać jakoś tych rozkazów mojemu ojcu? – zapytałam w końcu, patrząc na niego ostro. – Kto to słyszał nachodzić ludzi w domu. No, prawie.
-Mamy wojnę, panno Ostergaard – zauważył, ale uśmiechnął się delikatnie.
-Czy ja panu wyglądam na kogoś, do kogo taki argument przemówi? – Trochę byłam zła, a trochę miałam ochotę podjąć jego grę. Bo chyba dobrze się bawił, rozmawiając ze mną.
On natomiast roześmiał się teraz w głos.
-Och, nie – rzekł, spoglądając na mnie z góry, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Nie, pani mi nie wygląda na kogoś, kogo łatwo zbyć. Dla mnie też to nie jest najbardziej fortunna sytuacja, ale rozumie pani, rozkazy. Jestem tylko posłusznym żołnierzem, nie mnie kwestionować przełożonych.
-Więc proszę przekazać przełożonym, że mają załatwiać takie sprawy z moim ojcem osobiście – powiedziałam oschłym tonem. – A już na pewno zabraniam wam nękać moją biedną matkę. Wykończycie ją tym.
-Przykro mi, pani Sigyn – powiedział raz jeszcze.
-Nieważne – rzekłam tylko, machając ręką. Rozejrzałam się, czy matka nie patrzy. – Proszę się dogadać jakoś z moim ojcem. Jeśli naprawdę zaistnieje niecierpiąca zwłoki konieczność spotkania z rodziną, niech kontaktują się ze mną, albo moim bratem Sigurdem, ale oszczędźcie moją matkę. Ona nie chce się w to mieszać. My chętnie pomożemy.
-Naturalnie – zgodził się pan Grip już bardzo poważnym tonem. – Pani, jak widzę, twardo stoi na ziemi.
-Ktoś, na Merlina, musi – wybuchłam i pokręciłam głową. – I proszę, na Boga, więcej tu nie przychodzić, bo osobiście potraktuję pana jakimś urokiem i szkolenie na aurora nic panu nie pomoże!
-Potraktuję tę groźbę poważnie. – Uśmiechnął się.
-Ja mówię poważnie, szanowny panie – rzekłam z pełnym przekonaniem. – Proszę tu nie przychodzić, panie Scamander. Wierzę, że możecie się jakoś kontaktować z ojcem w tajemnicy przed matką.
-Coś zaradzimy. Przepraszam, że nękałem panie swoją obecnością.
-Proszę tego nie odbierać jakoś bardzo osobiście, ale mam nadzieję, że już się nie zobaczymy – powiedziałam trochę roztargnionym tonem.
Lorcan Scamander natomiast uśmiechnął się wtedy jakoś dziwnie, jakby wiedział na ten temat coś, o czym ja nie wiem.
-Czuję się ogromnie dotknięty pani niechęcią – powiedział z udawaną urazą.
-Niezmiernie mi przykro – powiedziałam trochę ironicznie, a trochę serio. – Pan też by nie był zachwycony moim widokiem w zaistniałej sytuacji.
-Zapewne – powiedział i skinął mi głową. – Do zobaczenia, pani Sigyn.
-Uparty jak osioł o poranku – pokręciłam głową i mimo woli się uśmiechnęłam. – Oby nie, panie Scamander.
Uśmiechnął się trochę szerzej i opuścił antykwariat.
Wtedy wydał mi się tylko nic nie znaczącym punkcikiem w całej mojej historii. Nie miałam jeszcze w tamtym momencie pojęcia, jak wielką rolę ten człowiek odegra w moim życiu i że prawdopodobnie – gdyby nie on – nie miałabym przed sobą żadnego życia.
***
                Opuściłam antykwariat matki tuż po wizycie natrętnego aurora. Skłamałabym, gdybym rzekła, że nie jestem wzburzona. Jeśli ojciec nas okłamał, to będzie się musiał gęsto wytłumaczyć, przynajmniej mnie i Sigurdowi. Do niego zresztą zdążałam. Koniecznie musiałam z nim o tym pomówić.
                Właściwie nie miałam pojęcia, gdzie go szukać, ale przeczucie i logika podpowiadały mi, że najlepiej będzie zacząć poszukiwania w domu. Po pierwsze nie słyszałam, żeby miał coś specjalnego do roboty, a po drugie, intuicja w większości przypadków dobrze podpowiadała mi, gdzie mój brat przesiaduje. Ostatecznie byliśmy bliźniętami i to całe gadanie o bliźniaczej więzi nie mogło być od początku do końca bzdurą.
                To, że ojciec dołączył do tego całego pomylonego Zakonu Feniksa to jedno – ja mu jego fanaberii nie będę wybijać z głowy, ostatecznie nie od tego jestem. Ale jeśli został aurorem, znowu, to to złamie matce serce. A przecież ona już teraz jest przerażona do szaleństwa. Sigurd z pewnością po niej odziedziczył skłonność do paniki i histerii.
                Szłam do Dziurawego Kotła, nie bardzo rozglądając się na boki. Spieszyłam się. Właściwie nie było po co, bo co się stało, to się przecież nie odstanie, ale też nic konkretniejszego do roboty nie miałam. Chwilę później jednak coś mnie zatrzymało.
                -Gdzie tak pędzisz, Siggy?
                Zatrzymałam się czując, że krew zaczyna gotować mi się w żyłach.
                -Nazwij mnie w ten sposób jeszcze raz – syknęłam, odwracając się w stronę Syriusza – a Potter będzie zdrapywał cię z chodnika.
                Syriusz wyszczerzył zęby na mój widok. James Potter, który mu towarzyszył, również wymusił na sobie blady uśmiech, ale przynajmniej nie spoglądał już na mnie w sposób, w jaki patrzy się na kawał łajna przyklejonego do swojej podeszwy.
                Ja natomiast wcale się do nich nie uśmiechnęłam.
                -Czego chcesz? – warknęłam, wysoko unosząc brwi.
                Spojrzał na mnie tak, jakbym była kompletną wariatką, a potem wzruszył ramionami.
                -Myślałem, że się przyjaźnimy – raz jeszcze wyszczerzył do mnie zęby. Powstrzymałam się jednak od komentarza na ten temat.
                -Śpieszę się – rzekłam. – Do Sigurda, jeśli musisz wiedzieć. Zdaje się, że mój ojciec poszalał o wiele bardziej, nie ograniczył się tylko do przyłączenia się do…
                Syriusz posłał mi ostrzegawcze spojrzenie.
                -…sam wiesz czego – dokończyłam. – Wygląda na to, że postanowił na nowo zostać aurorem.
                Potter wysoko uniósł brwi.
                -Twój ojciec jest aurorem?
                -Właśnie nie wiem. – Wzruszyłam ramionami i podreptałam chwilę w miejscu, nieco zdenerwowana. – Kiedyś był. I dziś słyszałam, ze znów to zrobił. Bogowie, matka go zabije, jeżeli to prawda.
                -A wiesz to z wiarygodnego źródła? – zapytał mnie Syriusz. Mogłam za nim nie przepadać, mógł mi działać na nerwy, ale jego, najwyraźniej, szczera troska wywołała we mnie nieśmiały wybuch sympatii do niego.
                -Raczej tak.
                -Wiecie co – odezwał się Potter, nonszalancko odrzucając włosy z czoła. – Nie stójmy tu jak kołki na środku chodnika. Sigyn, szłaś do Dziurawego Kotła? Tam jest jakoś tak średnio przyjemnie, chodźmy do Floriana, to po drodze, usiądziemy, pogadamy, a potem pójdziesz do domu.
                Tak więc zrobiliśmy. Zajęliśmy mały stolik w rogu głównej izby i zamówiliśmy po kremowym piwie i porcji lodów z owocami i bitą śmietaną.
                -No to słucham, od kogo to słyszałaś – rzekł Syriusz, upijając łyk kremowego piwa.
                Wzruszyłam ramionami.
                -Do antykwariatu matki na Pokątnej przyszedł facet – rzekłam, również upijając łyk słodkiego napoju. – Przedstawił się jako Lorcan Scamander, auror.
                -To prawda – rzekł James, kiwając głową z miną znawcy. – Mój ojciec pracuje w ministerstwie i zdaje się, że go zna.
                -Tym gorzej – skrzywiłam się. – Bo to pewnie prawda, w takim razie. W każdym razie, ten Scamander rzekł mi, że szuka mojego ojca. A kiedy zapytałam po co, to powiedział, że ma dla niego rozkazy. Od Scrimgoura. No to dla mnie sprawa jest oczywista.
                -Cóż, szczerze powiedziawszy, to biorąc pod uwagę to, co o twoim ojcu słyszałem oraz to, jak straszliwie pomstowała na niego moja matka, to śmiem twierdzić, że w to wierzę.
                Uniosłam brew w pytającym geście.
                -A dlaczego twoja matka miałaby mieć jakiś problem z moim ojcem? – zapytałam.
                Sam pomysł, że mój ojciec mógłby być komuś cierniem w oku wydał mi się co najmniej absurdalny. Oczywiście nie był z tych ludzi, którzy zawsze wszystkiemu i wszystkim byli życzliwi, ale miał w sobie tyle pogody ducha i tak dobre serce, że nie rozumiem, jak ktoś mógłby mieć cokolwiek złego do powiedzenia na jego temat. Choć z oczywistych względów powinnam to rozumieć. Miał konkretny pogląd na pewne sprawy i zdecydowanie nie był to pogląd, który każdemu by odpowiadał. A matka Syriusza już z całą pewnością do takich ludzi nie należała.
                  -Łatwiej będzie, jeśli zapytasz, dlaczego miałaby problemu nie mieć. – Skrzywił się. – Twój ojciec uosabia chyba wszystko, czego ta kobieta nienawidzi. I tym gorzej, że jesteście czystej krwi. Przez to traktuje go jak każdego innego zdrajcę krwi. Jak mnie, na przykład.
                -Swoją drogą aż dziwne, że jeszcze nie zabroniła się Regulusowi z tobą spotykać – wtrącił Potter, na co Syriusz zaraz pokiwał głową.
                -Śmiem twierdzić, że gnojek jej nie powiedział – parsknął w bardzo psi sposób.
                Uznałam, że ta rozmowa stanowczo za bardzo zaczyna wkraczać w rejony, na których nigdy nie powinna była się znaleźć. Regulus był tylko moją sprawą – Syriuszowi mogło się to nie podobać, ale to nie miało dla mnie w tym momencie żadnego znaczenia.
                -Wracając do tematu mojego ojca – rzekłam chłodno – i całej reszty z tym związanej, to bardzo dobrze, że was spotkałam. Mam wam coś do przekazania. Otóż wspomniałam komuś o naszej rozmowie, Black. – Spojrzałam na niego znacząco. – Pamiętasz o czym?
                -Pamiętam.
                -Sigurda jeszcze nie pytałam, ale z całą pewnością się zgodzi. Ale w życiu nie zgadniecie, kto jeszcze chce wziąć w tym udział.
                Obaj spojrzeli na mnie pytającym wzrokiem.
                -Kain Gard.
                Syriusz wytrzeszczył oczy, a James, po chwili zdziwienia, wybuchnął głośnym, perlistym śmiechem. Po chwili Łapa mu zawtórował.
                -A teraz serio, Sigyn, kto?
                -Kain Gard – powtórzyłam śmiertelnie poważnym tonem i bez choćby cienia uśmiechu.
                -Chyba żartujesz.
                -Ile razy jeszcze mam powtórzyć zanim do waszych zakutych łbów dotrze, że mówię poważnie? – warknęłam. – Czasami naprawdę działacie mi na nerwy. Obaj, pajace.
                Wreszcie chyba do nich dodarło, bowiem obaj zaczęli spoglądać na mnie nieco sceptycznie.
                -I nie wiem, ty się spodziewasz, ze przyjmiemy go z otwartymi ramionami? – zapytał mnie Syriusz.
                -Nie – odparłam po prostu. – I on też się nie spodziewa. I wiecie co? Gard może jest skończonym idiotą i bezmózgiem, ale ma mimo wszystko dość rozumu, by pojąć, że to sprawa, zdaje mi się, ważniejsza, niż jakieś nieporozumienia i wzajemna niechęć. A wy przecież dobrze wiecie, że on jaki jest, taki jest, ale poglądy w tej akurat sprawie ma całkiem do rzeczy. Ale co ja tam wiem, chyba lepiej go do sprawy nie dopuścić, skoro go nie lubicie.
                Obaj chłopcy najwyraźniej nieco się zawstydzili moimi słowami. I dobrze. Bo przecież lada moment będziemy dorosłymi ludźmi, a są przecież rzeczy ważne i ważniejsze. A rezygnowanie z tych ważniejszych z powodu głupich kłótni o Quidditcha to jest moim skromnym zdaniem szczyt idiotyzmu.
                Nasza rozmowa została przerwana, bowiem odnalazł nas Peter Pettigrew. Pomachał mi ręką na powitanie i przeprosił, bo musi zabrać Pottera. Bez żalu mu na to pozwoliliśmy. Zostałam więc tylko ja i Syriusz.
                -Jak twój brat? – zapytał mnie wreszcie. Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem.
                -Dobrze, a jak ma być? – zapytałam, marszcząc brwi.
                Syriusz spojrzał na mnie cokolwiek zaskoczony.
                -Nie wiesz?
                -O czym nie wiem?
                -Cóż, może nie powinienem… - zawahał się przez moment, a ja postarałam się, by mój wzrok przybrał jak najbardziej złowieszczy wyraz.
                -Och, jestem pewna, że powinieneś – syknęłam przez zaciśnięte zęby.
                Black wiercił się na krześle nerwowo.
                -Dobra, ale nie przyznawaj mu się, skąd wiesz. Powiedz, że usłyszałaś od kogoś znajomego.
                -Wszystko jedno. – Machnęłam ręką. – Mówże.
                -Rosier go stłukł – rzekł tylko, obserwując moją reakcję. A ta była nader gwałtowna. Krew się we mnie zagotowała, aż zadygotałam. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy, a ręce zaczynają się gwałtownie trząść. – Siggy, spokojnie…
                -Zabiję go – wycedziłam, zaciskając pięści tak mocno, że paznokcie wbijały mi się w ręce. – Obedrę go ze skóry. Ze mną może sobie pogrywać, ale Sigurda nie tknie.
                Syriusz złapał mnie za rękę zaskakująco łagodnym gestem, a ja aż zamrugałam ze zdziwienia. Muszę przyznać, że nieco mnie to uspokoiło.
                -Nie chciałem cię zdenerwować – powiedział poważnie. A ja machnęłam na to ręką.
                -To nie twoja wina – rzekłam już nieco spokojnie. – Dobrze, że mi powiedziałeś. Sigurd nic nie powiedział.
                -A dziwisz mu się? – Syriusz uniósł wysoko brwi. – Przecież on cię zna lepiej niż ktokolwiek. Doskonale wiedział, jak na to zareagujesz.
                -I co w tym złego? – ofuknęłam go. – To mój brat. Każdy by tak zareagował na moim miejscu.
                -Nie każdy – powiedział chłodno Syriusz.
                Pojęłam, jaką głupotę palnęłam, kiedy już było za późno na to, by cofnąć wypowiedziane słowa. Zrobiło mi się ich żal. Ich obu, tak Syriusza, jak i Regulusa. Nie wnikałam za bardzo, jak to dokładnie między nimi jest i co właściwie się wydarzyło, ale coś się wydarzyć musiało. Ale jedno nie umknęło mojej uwadze – oni obaj cierpieli. Choć, naturalnie, każdy z nich prędzej by sobie język odgryzł, niż to przyznał. Mieli ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż by chcieli.
                -Nie chciałam – rzekłam w końcu.
                -Nic nie szkodzi – uśmiechnął się blado. – Ja wiem, że dla ciebie to nie jest naturalny stan rzeczy.
                -Rzeczywiście, nie jest.
                Oczywiście rozumiałam, że rodzeństwa nie zawsze się ze sobą dogadują, a i prócz tego miałam też świadomość, że zwykłe rodzeństwo to nie to samo co ja i Sigurd – tego, co jest między nami nigdy, przenigdy nie pojmie zwyczajne rodzeństwo, choćby i najbardziej zżyte, zresztą nawet nie wszystkie bliźnięta by to pojęły. Owszem, różniliśmy się od siebie, mieliśmy różne poglądy, różne charaktery, nie zawsze się ze sobą zgadzaliśmy i być może na pierwszy rzut oka więcej nas dzieliło niż łączyło. Ale nigdy nie zawahałabym się stwierdzić, że mój brat jest dla mnie najważniejszy, i że zawsze postawię go ponad wszystkim innym. Moje życie bez niego nie miałoby żadnego sensu, bo był częścią mnie. Nie można żyć bez kogoś, z kim dzielisz duszę, z kim dzieliłeś ciało. Natura uczyniła z nas dwa odrębne istnienia, ale duszę mieliśmy jedną. Jego ból sprawiał ból i mnie. Znałam jego myśli, tak jak on znał moje. I przede wszystkich darzyliśmy się czystą, bezgraniczną i pozbawioną egoizmu braterską miłością, której nic w tym, ani żadnym innym świecie nie mogło złamać. To dawało mi siłę do życia i nie mogłam pojąć jak ludzie mogą żyć, nigdy czegoś takiego nie zaznawszy.
-Musicie się bardzo kochać – usłyszałam jego głos, jakiś taki zaskakująco cichy i przybity jak na Syriusza.
-Obawiam się, że nie mógłbyś tego zrozumieć.
-Nie, pewnie nie. Ale czasami bardzo wam zazdroszczę.
Nic nie powiedziałam, bo przecież co mogłam na to odpowiedzieć? Miał czego zazdrościć. Ale nie mógł pojąć, jak bardzo.
-Nie wiem, co się stało, Syriuszu, i nigdy nie będę naciskała na żadnego z was, by mi to powiedział – rzekłam poważnie, ściskając jego dłoń. – Ale chcę, byś wiedział, że uważam, że nie tobie jednemu jest żal.
-Nie jest mi żal.
To było wierutne kłamstwo i oboje wiedzieliśmy o tym aż nazbyt dobrze. Znałam jednak Regulusa, a więc znałam i Syriusza – w tej kwestii akurat się nie różnili. Nigdy w życiu nie przyznają się do tego, jak im siebie brakuje.
-Czasami tak się dzieje, że drogi się rozchodzą – powiedziałam cicho, a jego twarz wykrzywiła smutna karykatura uśmiechu.
-A czasami ktoś wbija ci do głowy głupoty, w które ty jak ostatni kretyn zaczynasz wierzyć.
-Nie każdy może mieć tyle siły, ile ty, Syriuszu. Myślę, że masz jej za was dwóch.
-Chyba nie chcę już o tym mówić. – Wysunął dłoń z mojego uścisku, ale nie poczułam się urażona.
-W porządku. Ale jeśli nigdzie ci się nie spieszy, to możesz odprowadzić mnie do domu – zaproponowałam. – Mieszkam właściwie całkiem blisko.
-Mogę – kiwnął głową i podniósł się, dopiwszy swoje piwo. – Musimy chyba dokończyć rozmowę o Gardzie. Nadal nie wierzę, że ten pajac chce nam pomóc!
-Nie bądź taki hop do przodu – ucięłam. – Powiedz mi lepiej co z tym Rosierem.
-Nie mam pojęcia. – Syriusz wzruszył ramionami. – Widać, że za sobą nie przepadają. A Sigurd to już szczególnie. Wiem, że oberwał, ale nie bój nic, podobno Rosier też w całości z tego nie wyszedł. – Syriusz uśmiechnął się z paskudną satysfakcją. – I bardzo mu tak dobrze. Zapytaj brata, to może ci powie. Tylko ani słowa, że wiesz ode mnie, wiedźmo! A teraz, wracając do Garda…
Tak więc poszliśmy i rozmawialiśmy. I Syriusz nagle okazał się całkiem rozsądny.
SIGURD
Ktoś wpadł do pokoju z takim impetem, że drzwi niemalże wypadły z zawiasów. Zląkłem się tak, że serce mało nie wyskoczyło mi z piersi. W drzwiach stała moja siostra, a minę miała doprawdy nietęgą.
-Masz mi coś do powiedzenia? – zapytała mnie oschle, zamykając drzwi, opierając się o nie i spoglądając na mnie lodowatym wzrokiem. Chcąc nie chcąc poczułem się nieswojo. O co jej chodziło? Zbyt wiele przed nią ukrywałem, nie bardzo wiedziałem nawet o co jej chodzi.
-W sprawie? – zapytałem ją, unosząc brwi.
Przed długą chwilę mierzyliśmy się chłodnymi spojrzeniami.
-Dobrze wiesz, w jakiej sprawie – ofuknęła mnie i nie przestawała się we mnie wpatrywać. Po chwili jednak jej śliczną twarz wykrzywił złośliwy grymas. – Och, o tak wielu rzeczach mi nie powiedziałeś, że już sam nie wiesz, o co mi chodzi, tak?
Jej głos brzmiał jak trzask pękającej tafli lodu i niósł ze sobą podobny chłód. Nie lubiłem kiedy taka dla mnie była. Szczególnie, jeśli zasłużyłem.
-Powiedz wreszcie o co ci chodzi, Sigyn. – Ze wszystkich sił starałem się być tak zimny i oschły jak ona, ale nigdy tego nie potrafiłem. Sigyn nie miała w tym sobie równych.
Patrzyła na mnie jeszcze przez chwile tymi swoimi lodowatymi jak arktyczne morze oczyma, jednak po długiej chwili jej wzrok złagodniał. Usiadła koło mnie i swoją zimną, szczupłą dłonią dotknęła mojej twarzy, przyglądając się jej ze wszystkich stron. A potem zmusiła mnie bym popatrzył jej w oczy.
-Zamorduję go za to, że cię tknął – rzekła wreszcie takim tonem, że nie śmiałem wątpić w jej słowa. No i zrozumiałem wreszcie, czego ode mnie chciała. – A ciebie zamorduję za to, że mi nie powiedziałeś.
Miałem aż nazbyt wiele powodów, żeby jej nie mówić. Nadal byłem w szoku po tym, co Rosier zrobił i wygadywał. I nigdy, przenigdy nie dopuszczę do tego, żeby moja kochana Sigyn usłyszała te wszystkie okropności. Ale skoro i tak już skądś się dowiedziała, to nieco powiedzieć jej mogłem.
-O co wam poszło? – zapytała mnie, a jej głos zabrzmiał zaskakująco łagodnie. I przez to właśnie zacząłem mieć straszliwe wyrzuty sumienia.
-Oczywiście o ciebie – odparłem jej na to.
Nie musiałem więcej wyjaśniać. Wyglądała na strapioną. A Sigyn rzadko bywała strapiona.
-Gdybym wiedziała…
-…to byś się z nim nie zadawała. Wiem. Tylko, że nie chodzi o to, byś unikała takich podejrzanych typów ze względu na mnie, a na siebie. Chcesz, bym wpadał w kłopoty w twojej obronie za każdym razem, kiedy zrobisz coś głupiego, mimo moich rad i próśb?
Spodziewałem się, że odpowie mi, bym nie próbował jej bronić, ale się przeliczyłem – niczego podobnego nie powiedziała.
-Żałuję, że nie jestem mądrzejsza – rzekła cicho, i choć słowo „przepraszam” nigdy w życiu nie przeszłoby jej przez gardło, to zrozumiałem jej intencje. I mi to w zupełności wystarczyło, nie zwykłem przecież się na nią gniewać.
-Jakoś z tym żyję – uśmiechnąłem się do niej pokrzepiająco, a ona odpowiedziała mi tym samym. Zaraz jej wzrok nabrał wyrazu troski.
-Bardzo cię poturbował?
-Trochę. Ale się poskładałem, jak widzisz na załączonym obrazku. No i nie chwaląc się, on też trochę oberwał.
-Stanowczo za mało – rzekła zimno. – Ale jak wpadnie mi w łapy, to gorzko tego pożałuje.
Nawet nie próbowałem protestować – z wściekłą Sigyn to nie miało żadnego sensu.
To było okropne uczucie, ale już któryś raz z kolei uświadomiłem sobie, że to częściej ona zajmuje się mną niż ja nią. Ale też z drugiej strony mało który mężczyzna miał więcej jaj niż moja siostra.
-Masz mi mówić o takich rzeczach – oświadczyła nieznoszącym sprzeciwu tonem. I tu uznałem za zbędne wdawanie się z nią w dyskusje. Zresztą, nie znosiłem jej okłamywać. A jeszcze bardziej nie znosiłem, kiedy dowiadywała się, że ją okłamałem.
-Dobrze – zgodziłem się więc posłusznie.
Sigyn wyglądała na ukontentowaną. Zaraz jednak jej twarz na nowo przybrała poważny wyraz.
-Słuchaj – zaczęła. – Dzisiaj do antykwariatu przyszedł jakiś facet, który twierdził, że ojciec znów pracuje jako auror.
Uniosłem brwi, szczerze tymi informacjami zdziwiony.
-Powiedziałby nam – oświadczyłem. Zaraz jednak straciłem tę pewność. O Zakonie Feniksa nic nie powiedział. No i przecież ojciec palił się do walki.
-Wcale nie jestem taka pewna – rzekła zamyślona Sigyn. – Trzeba go zapytać. Tylko tak, żeby matki nie było. Najlepiej, jak jedno z nas przyszpili ojca, a drugie w tym czasie zajmie matkę, żeby broń Merlinie niczego nie usłyszała.
Tak więc postanowiliśmy zrobić – mnie przypadło zajęcie matki, a Sigyn rozmowa z ojcem. To jednak musieliśmy odłożyć na później.
-A skąd w ogóle to wiesz? – zapytałem ją. – Co to był za facet?
-Auror – rzekłam. – Lorcan Scamander. Był chyba przekonany, ze my wszyscy dobrze wiemy, czym ojciec się zajmuje. Wydawał się zdziwiony, kiedy go uświadamiałam, że wcale tak nie jest.
Mnie jednak średnio interesował jej wywód. To nazwisko, gdzie ja je już…
-Powiedziałaś, że jak się nazywa? – zapytałem ją, marszcząc brwi.
-Lorcan Scamander. A co, mówi ci to coś? – zapytała mnie. – Ojciec chyba kiedyś pisał o nim w jakimś liście, tak mi się zdaje.
-Nie, to nie to – rzekłem, wytężając mózg. I zaraz potem skojarzyłem. Pacnąłem się otwartą dłonią w czoło. – Nie pamiętasz, Sig?
-Co mam pamiętać?
-Ojciec mówił nam o nim, to prawda, ale nie w liście – rzekłem więc. – Ten facet będzie naszym nowym nauczycielem obrony przed czarną magią.


Obserwatorzy

O mnie

Moje zdjęcie
Kemi, Lappi, Finland
4w5 | INTJ | 21 lat
Layout by Yassmine